Anegdoty

Z życia muzealnika. Strona poświęcona humorowi towarzyszącemu naszej działalności.

 

Wojenne historie

(Lesław Wilk - Prywatne Muzeum Podkarpackich Pól Bitewnych w Krośnie)

Odwiedzają nas różne osoby. W przypadku starszych, muzeum staje się jakby kluczem do szufladek z ich pamięcią. Chętnie dzielą się oni swoimi wspomnieniami, te wojenne są dla mnie najciekawsze. Przeważają historie tragiczne, bywają i śmieszne, nieraz się mieszają, jak choćby ta:

Panie, pamiętam to nasze „wyzwolenie”. Człowiek niczego nie mógł być pewny. A z ruskim wojskiem to różnie bywało… .

Do jednego z gospodarzy w naszej wsi przyszła zgraja czerwonoarmistów. Nieproszeni wepchali się do domu w obłoconych buciorach. Pomimo przedpołudniowych godzin wszyscy byli już mocno podchmieleni. Jeszcze na progu przewodzący im „starszyna” krzyczy do gospodarza „hazaj dawaj huryłku” (gospodarzu dawaj wódkę). Ten, zalękniony zaczyna im tłumaczyć, że wódki nie ma, że „czerwonoarmiejcy” byli po nią wczoraj i przedwczoraj i przedtrzema dniami też tu byli. Wszystko co miał musiał im oddać, jednym słowem wszystko już wypili.

Na nic zdały się te tłumaczenia, one tylko rozsierdziły sołdatów. Koniec końców „starszyna” stawia na stole pustą litrową butlę i bełkocąc oznajmia, że wieczorem tutaj wrócą, i ma na nich czekać pełna, bo inaczej podpalą dom.

Po czym wychodzą i udają się do sąsiada. Niedługo potem „bojcy” opuszczają i jego obejście. Gospodarz, gdy tylko trochę ochłonął udaje się tam. Szybko się jednak okazuje, że sąsiad ma ten sam problem i takież ultimatum.

Jak to wiejskie chłopy, zaczęli radzić, co robić? Czasu do wieczora mało, brakuje wszystkiego, jednym słowem samogonu na czas nie zdążą już w żaden sposób „upędzić”. A za niedługo pewnie i nie będą mieli gdzie mieszkać i co wtedy?

Raptem sąsiad wpada na pomysł „tyle chrzanu rośnie w koło domu, jak by tak nakopać, zetrzeć go, wycisnąć sok i nim napełnić pozostawione butelki. Może „ruscy” się nie domyśląi wezmą go, za samogon. Może choć na chwilę dadzą spokój, wojsko w końcu kiedyś stąd odejdzie”.

Śpiesznie nakopali sporą pryzmę wyjątkowo dorodnych korzeni. Płacząc wszystko starli na tarku, a następnie wycisnęli z miąższu sok przez kawałek szmaty. Napełnili nim dwie litrowe butle, jedną zabrał na odchodnym ów gospodarz.

Ledwie jego rodzina zdążyła zjeść spóźniony obiad, słyszą śmiechy i śpiewy krasnoarmiejców. Z każdym ich krokiem rośnie trwoga w domownikach. Wrzaski bojców i soczyste wulgaryzmy, tylko ją potęgują. Po jakimś czasie są już przy domu. Otwierają z łoskotem drzwi i pchają się do środka.

Ekipa liczniejsza niż uprzednio, a „starszyna” jeszcze bardziej pijany. Coś bełkoce. Szybko dostrzega znaną sobie butelkę i do tego pełną. W jeden chwili na twarzy maluje mu się pełnia szczęścia. Doskakuje do stołu, chwyta „litrówkę” i odwraca się na pięcie do swoich kompanów. Błyskawicznie pozbawia ją papierowego czopu i unosząc triumfalnie, wykrzykuje „za pobiedu” (za zwycięstwo). Następnie pochłania kilka potężnych haustów „bezpośrednio z gwinta”.

Niespodziewanie „starszyna” straszliwie zacharczał. A potem zaczyna wciągać w siebie powietrze i już go nie wypuszcza. Jakby sam siebie pompował. Ciągle zmienia się kolor jego twarzy. Ciśnienie wybałusza mu oczy, które mocno łzawiąc stają się coraz większe i większe. Uniesiona ręka omdlewa a z niej wypada i tłucze się butelka. Chwiejąc się na nogach, ostatkiem sił łapie się krawędzi stołu.

„Bojcy” kompletnie zbaranieli. Zaczynają pomału pojmować że, jak „starszynę” będzie tak dalej duło, to pęknie.

Przytomność zachowuje tylko gospodarz. Podbiega i zapewne instynktownie w ostatniej chwili wali go kułakiem z całej siły w plecy. Skołowani sołdaci chwytają za broń, słychać chrzęst wielu zamków.

Chłop w okamgnieniu chowa się za półprzytomnym pijanicą. Naraz to w niego celują wszystkie lufy. I chyba to nowe zagrożenie doprowadza go do potężnego beknięcia, potem kolejnych.

„Starszyna”, jakby powraca z zaświatów, pomału wracają też jego funkcje życiowe. Wciąż z wielkim trudem łapiąc oddech prostuje się. Wydusza z siebie tylko ciche „spasiba” (dziękuję).

I dopiero po dłuższej chwili, już prawie trzeźwy, komentuje swoje przeżycia „Job twoju mać, kakaja ta horyłka kriepka, a do gaławy nie idiot” (…………, jaka ta gorzała krzepka, ale do głowy nic nie idzie) i zarządza wymarsz do sąsiada gospodarza.

Krosno, dnia 11.07.2014 r.